Stereotyp głosi: z dziećmi podróżować nie warto, bo się zmęczą, niczego nie zapamiętają, a w miejscach innych niż u przysłowiowej babci na wsi czyhają na nie bakterie, zarazki i inne niebezpieczeństwa. Jednak zadowolona mina i pełne zachwytu okrzyki naszego Wrzaskuna utwierdzają nas w przekonaniu, że warto go ze sobą targać nawet w najdalsze zakątki świata.
wtorek, 15 stycznia 2013

Dziś też cały dzień spędziliśmy w hotelu, a właściwie w przyhotelowym basenie. Nabi się pluskał, zjeżdżał na zjeżdżalni i próbował pływać.

Avillon Port Dickson

Przerwę zrobiliśmy tylko na żarcie i krótką poobiednia sjestę. Na kolacje załapaliśmy się na szwedzki stół obficie zastawiony rożnymi smakołykami. Ale jedliśmy tylko nieznane potrawy - w końcu nie przyjechaliśmy do Malezji na pizzę. Tylko Nabi zjadł bardziej tradycyjnie: rosół z ryżem i dziwne ciasta. Arbuzem też nie pogardził, a my przetestowaliśmy duriana. Nawet taki zły nie był, ale faktycznie śmierdział.

A poniżej: tradycyjny malezyjski "odświeżacz" stóp czyli po prostu chochla i dzban z wodą.

foot resreshment

niedziela, 13 stycznia 2013

Lot do Kuala Lumpur przebiegł bez problemów, ale lotniskiem byliśmy trochę rozczarowani. Nie żeby jakieś obleśne było, co to to nie - czysto, schludnie, nowocześnie, ale... Sklepy takie same jak wszędzie. Czuliśmy się jak na Schipholu, z którego wylecieliśmy parę godzin wcześniej. Czyżby Malezja nie miała nic własnego do zaoferowania? Drugi minus to brak wyraźnych wskazań do rental cars. Owszem, tuż przy odbiorze bagażu były okienka, ale puste. Właściwe kanciapy były w garażu i wcale nie łatwo było tam trafić. Za to miejsce modlitwy znaleźlibyśmy bez problemu.

Gdy w końcu udało nam się znaleźć wypożyczalnię samochodów, w której wynajęliśmy auto pojawił się nowy problem: siedzisko dla Nabiego. Widać w Malezji używanie siedzisk nie jest powszechne, bo mieliśmy problem z dobraniem czegoś zdatnego. A potem ruszyliśmy w trasę. Co prawda jeżdżą tu po zlej stronie, ale drogi nie gorsze niż w PL.

Do hotelu dojechaliśmy parę godzin przed check-in, ale pani zlitowała się nad rozespanym Nabim i znalazła domek od razu. Jest na palach, pod nami morze i generalnie jest OK. Przez upal, duchotę i różnicę czasów najchętniej poszlibyśmy spać, ale Nabi ożył na widok basenu. Potem by obiad, sjesta, spacer po plaży podczas odpływu połączony z obserwacja krabów, a potem znów basen na koniec dnia. I tak minął, nam 21.12.2012 czyli spodziewany koniec świata.



wtorek, 21 sierpnia 2012

Jadąc do Polski ze znajomymi wybraliśmy niestandardową drogę i przy okazji z trasy zauważyliśmy wielce malownicze skałki. Później namierzyliśmy rejon w google, poczytaliśmy co nieco w necie i tak narodził się pomysł wyprawy do Frankońskiej Szwajcarii. Nocleg zarezerwowaliśmy sobie w Ebermanstadt w położonym na stoku góry domku z basenem, w którym Nabi bardzo chętnie pławił się co dnia. Właściciele do dyspozycji gości oddali cały parter.

Ebermannstadt

Ebermanstadt okazało się całkiem przyjemnym miasteczkiem, a do tego trafiliśmy na jakiś festyn z okazji dni miasta. Na rynku rozstawiono stoły, sprzedawano piwo, golonkę i inne lokalne specjały.

Ebermannstadt

Było też specjalne miejsce dla wrzaskunów – pusta fontanna.

Ebermannstadt

Tam wrzaskuny mogły się spokojnie bawić, a rodzic mógł w tym czasie spokojnie raczyć się piwem i golonką bez obaw, że mu się wrzaskun gdzieś zgubi.

piątek, 17 sierpnia 2012

To już ostatni punkt naszej wyprawy. Zaplanowaliśmy sobie przejście „Heimbach Route” ale jakimś dziwnym trafem z parkingu skręciliśmy, gdzie nie trzeba. Co prawda nas dziwiło, że Niemcy takie niby porządne, a żadnego znaku nie postawili… Ale droga była przyjemna, tuż obok dojrzałe jeżyny.

Kellerwald-Edersee NP

Jednym słowem brak szlaku wcale nam nie przeszkadzał. Do momentu, gdy nie skończyła się droga. Do tego zaczęło kropić, więc zrobiliśmy w tył zwrot i do samochodu. I tak się zakończyła pierwsza wrzaskuńska wyprawa niemiecka.

piątek, 10 sierpnia 2012

Po stresującym zwiedzaniu Wartburga pojechaliśmy odstresować się na łonie przyrody. Zgodnie z planem pojechaliśmy do parku narodowego Hainich, gdzie zaplanowaliśmy sobie przejście szlakiem „Craulaer Kreuz”.

Hainich NP, Craulauer Kreuz

Bardzo przyjemna ścieżka wiodła przez bukowy las. Tu Wrzaskun mógł bezkarnie narobić hałasu, ale nie chciał. Pewnie wywrzeszczał się w Wartburgu.

Hainich NP, Craulauer Kreuz

„Craulauer Kreuz” łączy się z „Sperbergsgrundweg” w okolicy łąki porośniętej szczecią draparską (Wrzaskun przekonał się, że kłuje) i punktu widokowego na jakiś były poligon.

Hainich NP, Craulauer Kreuz

Tam też zrobiliśmy sobie przystanek, a Wrzaskun zabawiał się przeróżnymi patykami i innym badziewiem, które  udało mu się znaleźć w okolicy. Bardzo był z tych swoich znalezisk zadowolony.

Hainich NP, Craulauer Kreuz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42